Piatek to kolejna imprezka, tym razem w stylu old school, choc nawet zachaczylismy o prehistorie, ale to juz ewenement…najlepsi b-boye, najlepszy punkowiec, najlepsi hipisi i duzo, duzo wiecej…bylo nas duzo, w sumie mega impreza…jeszcze raz dzieki Dzidek…mam nadzieje, ze znowu powtorzymy to w tym samym skladzie, lub nawet i wiekszym…a i jeszcze pozdro dla Wilka, ktora ogarnela te kilometry, aby do nas zagoscic…w sobote cwiczylem jak na b-boy’a (no i co, ze przebieranego) stujke na rekach nad kiblem…potem duzo wody przez ten dzien wlewalem w siebie…coz sobotni wieczor skonczyl sie zamulactwem w domu, bo reszta albo w pracy lub po za zasiegiem…natomiast dzisiejszy dzien przywitalem w optymalnym humorze, razem z Dzidkiem u Mizia przy yerba…a Dzid przy bro…potem seans serialowy…dolaczyla do nas Bogucha…na sam koniec dnia bieg w towarzystwie Dubmasakratora…zrobilismy cos miedzy 2.5 - 3 km…spojrzenie na Mizia (kiwa, glowa ze “tak”)…no i dzieki Mizio za ten przebiegniety dystans…jutro powtorka (kto sie jeszcze pisze ?)…dbamy o siebie…Like It.
Ciekawosc…dobra czy zla cecha ?